Cesarz Aleksander I
- czytamszeptem
- 16 mar
- 10 minut(y) czytania

Fragment pamiętników Izabeli Czartoryskiej
Źródło: „Mémoires et écrits divers”
Wrzesień 1814
Cesarz Aleksander I spędził kilka dni w Puławach w roku 1805. Zdawał się być tu zadowolony.
Po kampanii roku 1814 zapowiadano go w Warszawie, lecz obrał inną drogę i udał się prosto do Petersburga.
Od czterech miesięcy przebywałam w Puławach z moim dwiema córkami i Konstantym. Często spędzałam kilka godzin przed południem w Domu Gotyckim, porządkując książki, rękopisy i katalogi, kiedy to 15 września służący przyszedł mi oznajmić, iż dzieci proszą, abym natychmiast wróciła do pałacu, bo mają mi do przekazania sprawę bardzo pilną. Udałam się tam natychmiast i oznajmiono mi rychłe przybycie Cesarza, który zamiast jechać przez Brody i Lwów, kierował się przez Brześć prosto do Puław.
Najpierw oniemiałam ze zdumienia, potem poczułam przypływ radości i rzekłam sobie: „jeśli przybywa do Puław, z pewnością ma dobre zamiary względem Polski”. W końcu zaczęłam się śmiać na myśl, że Austriacy wznoszą wszędzie łuki triumfalne, zwłaszcza we Lwowie, a Aleksander zwyczajnie przejedzie przez bramy i furtki Puław.
Lecz rychło moje myśli skierowały się ku trudnościom przyjęcia Cesarza w stanie, w jakim znajdowały się Puławy: ogołocone ze wszystkiego, zniszczone przez przemarsze wojsk, w zakątku kraju, gdzie wszystko było spustoszone; ja zaś bez pieniędzy, bez zapasów, niemal bez służby, w domu zrujnowanym przez nieustanne kwaterunki żołnierzy wszelkich narodów od blisko trzech lat.
Po naradzie rodzinnej każdy wziął na siebie część trosk i obowiązków, i natychmiast zabrano się do pracy. Wysłałam do Warszawy po żywność i kilka potrzebnych przedmiotów, i 18-go wszystko było jako tako urządzone. Podzieliliśmy zadania. Moja córka Zofia wraz z Zofią Matuszewicz zajęły się dekoracją stołów i tym, co miało się na nich znaleźć. Córka starsza urządzała pokoje i rozdzielała apartamenty. Ja wzięłam na siebie ogród. Kazałam go dobrze oczyścić i napełnić kwiatami.
Wkrótce napływ ludzi przybywających ze wszystkich stron dał mi jeszcze zajęcie: przyjmować i umieszczać każdego tak dobrze, jak to było możliwe.
Wśród pań przybyłych z daleka były: księżna Radziwiłłowa i pani Rzewuska z domu Lubomirska; następnie książę Antoni Radziwiłł, książę Sułkowski, pan [K…], pan Matuszewicz z synem, Linowski, Szaniawski, książę Jabłonowski, pan Tarnowski i tłum przybywających ze wszystkich stron, których wyliczenie byłoby zbyt długie.

20 września
Przybycie Cesarza zostało zapowiedziane przez Konstantyna, który wyjechał mu naprzeciw aż do Brześcia i teraz wyprzedzał go o kilka godzin. Gdy tylko wieść o zbliżaniu się Cesarza rozeszła się po okolicy, wielka aleja, oba dziedzińce, wielkie schody, perystyl – wszystko napełniło się takim tłumem ludzi, iż z trudem było można się przecisnąć.
Około drugiej kurierzy jadący przed orszakiem i trzask biczy oznajmili nam, że Cesarz nadjeżdża. Wkrótce rozległy się powtarzane okrzyki „Vive l’Empereur!” („Niech żyje cesarz), a i cały orszak dotarł aż do stóp schodów, gdzie wysiadł, a my wszyscy czekaliśmy na niego. Jechał w otwartym powozie z księciem [W…], swoim adiutantem. W drugim powozie znajdował się jego lekarz Wyllis, a w trzecim kamerdynerzy. Wysiadłszy, zbliżył się do nas z tą życzliwą i prostą serdecznością, która jest tak miła między równymi, lecz która, ze strony istoty stojącej tak wysoko ponad nami, porywa serce i duszę.
„Szczęśliwy jestem, że znów znajduję się w Puławach” – rzekł Cesarz, całując mnie w rękę. – „Czuję się tu jak w rodzinie.”
Następnie, mówiąc moim córkom, jak bardzo cieszy się z ich ponownego ujrzenia, zaczął wypatrywać w tłumie moich synów, choć widział ich obydwu zaledwie przed chwilą. Starszy wyjechał mu naprzeciw aż do przeprawy przez rzekę, oddaloną o jedną milę. Lecz Cesarz pragnął, by wszyscy obecni byli świadkami tego znaku przyjaźni. Spostrzegł go, podszedł do niego i kilkakrotnie uściskał z czułością. Potem, pozdrowiwszy wszystkich zgromadzonych, podał mi ramię i weszliśmy do salonu.
Nie przestawał powtarzać, jak bardzo jest zadowolony, jak szczęśliwy, że znajduje się pośród nas. W salonie przemówił uprzejmie do całej rzeszy, która za nami weszła, i rzekł:
— „Zaprowadzę księżnę do jej apartamentów, a potem powrócę, by poznać wszystkich, którzy tu dla mnie przybyli.”
Odprowadził mnie do moich pokoi; moje córki i starszy syn poszli za nami. Uściskał każdą z nas i mówił tysiąc rzeczy pełnych serdeczności, wciąż powtarzając, że Puławy są dla niego miejscem szczególnie drogim i wybranym. Następnie, z pełnym zaufaniem, mówił o wydarzeniach minionych i przyszłych. Długo rozwodził się nad opinią i szacunkiem, jakie żywi dla Polaków – za ich oddanie ojczyźnie, za odwagę, z jaką walczyli.
— „Wasi rodacy” mówił – „bronią tak pięknej sprawy, iż nie mogę ich nie podziwiać i nie cenić. Pragnę ich szczęścia, chcę się nim zająć, pracuję nad tym, lecz potrzeba cierpliwości, a nade wszystko zaufania do mnie. Wielu ludzi może mnie oskarżało, że w roku 1812 obrałem drogę odwrotu, gdy Napoleon posuwał się naprzód. Nie chcę wydawać się wam ani bojaźliwy, ani nierozważny. Chcę się z tego wytłumaczyć” — mówił dalej. — „Gdy Napoleon, na czele niezliczonej armii, wkroczył na Litwę, ujrzałem jasno, że nie jestem w stanie stawić mu oporu. Doszedłem więc do wniosku, iż jedynym sposobem pokonania go jest przeciągnąć wojnę i wciągnąć go w głąb Rosji aż do zimy. Sukces mnie usprawiedliwił. Mróz i nędza walczyły za mnie. Resztę poprowadził Bóg. Teraz zaś tym, co mnie najbardziej zajmuje, jest przywrócenie Polski. Jadę na kongres i będę tam nad tym pracował. Lecz powiem otwarcie: znajduję się w położeniu, które każe mi postępować powoli.
Wy, Polacy, macie trzech nieprzyjaciół, których nie mogę ani zlekceważyć, ani pokonać naraz, a macie jednego tylko przyjaciela: mnie. Wasi nieprzyjaciele to Prusy, Austria i Rosjanie. Gdybym chciał Galicji, trzeba by wojny. Polska nie ma armii, a ja nie mogę ufać Rosjanom, jeśli miałbym walczyć za Polaków. Prusy godzą się na odtworzenie Polski, lecz tylko pod warunkiem, że otrzymają część Wielkopolski, tylko wtedy mogę być pewien, że będą po naszej stronie. Inaczej złączą się z Austrią przeciw nam. Lecz pomyślcie o jednym: oddaję wam prowincje polskie, które Rosja zabrała. To daje dwanaście milionów mieszkańców. Stwórzcie z tego armię. Wtedy zobaczymy.”

Następnie wskazał na mojego syna i udał się na górę, do salonu, gdzie przedstawiono mu obywateli. Potem na chwilę wrócił do siebie, a dowiedziawszy się, że moja starsza córka wróciła do siebie, poszedł do niej i spędził blisko godzinę na rozmowie pełnej zaufania. Nazywa ją „ciotką” i darzy szczerą, serdeczną przyjaźnią.
Otworzył przed nią serce. Mówił jej o swoim położeniu względem żony. Wyrażał się o niej dobrze, lecz dodał: „Czuję dla niej coś przeciwnego pociągowi. Chciałbym, aby była szczęśliwa, ale nie mogę się do niej przywiązać. A jednak muszę. Cały kraj pragnie dziedzica. Poświęcę się więc i postaram się do niej zbliżyć.” Potem mówił o pani Naryszkin: „Od czternastu lat ją kocham. Nigdy nie sprawiła mi ani kwadransa zmartwienia. Teraz muszę poświęcić to szczęście, do którego byłem tak przywiązany.” Opowiadał dalej, że ma dziecko, które wychowuje w uroczym domu na przedmieściu; że często tam bywa, i że tam właśnie czuje się szczęśliwy.
Potem powiedział jeszcze do mojej córki: „Bądźcie moją przyjaciółką, moja ciotko. Słuchajcie z uwagą tego, co wam powierzam. Daleki jestem od szczęścia pośród moich wielkości. Nie mam przyjaciół, mam tylko ludzi, którzy chcą, żebym ich wynosił i wzbogacał. Ale wy bądźcie moją przyjaciółką, bo moje dni mijają, a ja nie mogę nigdzie oprzeć serca z ufnością. Ludzie myślą, że mam same róże, a tymczasem prawie same ciernie.”
O czwartej podano obiad. Stół był wspaniały. Obie Zofie go urządziły. Mnóstwo wspaniałych owoców, obfitość wszystkiego. Pośrodku stał brązowy trójnóg z pięknymi kwiatami, na obu końcach grupy z marmuru. Obiad był wyborny, deser doskonały. Służyło wielu kamerdynerów. Po obiedzie rozmawiano mniej więcej do siódmej. Potem Cesarz udał się do swoich apartamentów. O ósmej przyszedł na dół do mnie na herbatę. Był przez cały wieczór nader uprzejmy. Zdawał się dobrze bawić. O dziesiątej wycofał się do siebie. Nie było kolacji. Obiad był późny, a podczas herbaty jedzono ciasta, lody i kremy.

21 września
Cesarz pozostał w swoim pokoju do około jedenastej. Wypił herbatę na śniadanie, a potem przyszedł do mnie. Zaproponowałam mu przechadzkę. Udaliśmy się do ogrodów. Najpierw na górę, do Sybilli, czyli do świątyni. Uznał ją za piękną. Oglądał wszystko z żywym zainteresowaniem. Potem przypomniał sobie, że niegdyś wpisał swoje nazwisko do księgi świątyni, gdzie odwiedzający się zapisują. Chciał ją zobaczyć. Od tamtej pory ponad tysiąc osób wpisało tam swoje nazwiska. Cesarz wziął pióro i powiedział mi:
„Wpisałem się na pierwszej karcie tej księgi, chcę je wpisać się także na ostatniej.”
I rzeczywiście podpisał się na ostatnim jej arkuszu.
Następnie udał się do Domu Gotyckiego, który niezwykle mu się spodobał. Pokazałam mu wszystkie pamiątki tam przechowywane, między innymi mały, bogaty, przenośny ołtarzyk, który Piotr Wielki podarował naszej prababce. Zdawało się, że sprawiło mu to przyjemność. Stamtąd obeszliśmy wszystkie promenady. Przeszliśmy obok grot. Cesarz odpoczął pod wielkim drzewem. Wisła była pokryta łodziami. Po kilku godzinach wracaliśmy przez mój mały ogród. Lecz perystyl był zatłoczony ludźmi, podobnie jak wejście do mojego ogrodu. Zobaczyłam Żydów i innych ludzi trzymających prośby i podania. Chciałam ich odsunąć, lecz Cesarz rzekł: „Zostawcie ich, proszę. Naszym obowiązkiem jest przyjmować skargi tylu nieszczęśliwych.” Wziął podania i przekazał je księciu Wołchowskiemu, aby ten zdał mu z nich sprawę. Dowiedziałam się później, że wszyscy otrzymali jakąś pomoc.
Po powrocie do mojego apartamentu na dole Cesarz zastał przygotowane śniadanie. Uczynił mi zaszczyt i zjadł je z apetytem. Następnie udał się na górę. Później złożył wizytę księżnej Radziwiłłowej, a na końcu poszedł do mojej starszej córki, gdzie został na rozmowie aż do obiadu. Obiad upłynął tak jak dnia poprzedniego, z tą jedynie różnicą, że stół był ozdobiony liśćmi winorośli i wspaniałymi kiściami winogron.
Po obiedzie rozmawiał jak poprzedniego dnia, później poszedł z wizytą do mojej drugiej córki. Wieczorem odbył się u mnie podwieczorek przy herbacie, na którym wszyscy byli obecni. Cesarz mówił do każdego tysiąc uprzejmych słów i pozostał aż do jedenastej. Następnie pożegnał nas bardzo serdecznie i prosił, abyśmy poszli spać i nie krępowali się oczekiwaniem na jego odjazd. Odpowiedzieliśmy jedynie ukłonem, bez słów, a on udał się na górę. Rozmawiał tam z panem Matuszewskim, z Linowskim, z Krasińskim i Paszkowskim. W tym czasie my przygotowaliśmy latarnie, zaprzęgnęliśmy konie i pojechaliśmy czekać na niego nad Wisłę. O drugiej po północy zszedł, by wsiąść do powozu i zdumiał się, nie że nie zastał nikogo.
To nie był już Aleksander, lecz cesarz, który rzekł, że mimo tego, co powiedział, aby go nie czekano, należało jednak tam być.
— „Jak to – nawet książę Adam ani Konstanty?” – takie były jego pierwsze słowa, gdy wsiadał do powozu.
Gdy przybył nad brzeg Wisły i ujrzał pochodnie oraz tłum, który go oczekiwał, a potem nas rozpoznał, wyskoczył z powozu i wzruszył się tą ostatnią oznaką przywiązania. Przeprawiliśmy się z nim przez wodę, a podczas przeprawy mówił wiele uprzejmych i serdecznych rzeczy. Po drugiej stronie pożegnał nas i wyznaczył spotkanie w Warszawie za dwa miesiące. Poprosiłyśmy go każda o pióro z jego pióropusza. Podarował nam je z przyjaźnią i odjechał wśród okrzyków „Vive l’Empereur!”
Muszę tu wspomnieć, że Cesarz – uprzejmy, miły dla jednych, serdeczny dla innych – był chłodny i powściągliwy wyłącznie wobec pani Rzewuskiej. Było to tak widoczne, iż wszyscy to zauważyli. Nie znamy przyczyny. Podejrzewano, że dlatego, iż była gorliwą Austriaczką, a Cesarz Austriaków nie lubi.
Nie mogę pominąć kilku uroczych słów Cesarza wypowiedzianych w Puławach. Odprowadzając mojego syna Konstantego, rzekł:
— „Byliśmy w przeciwnych obozach, lecz nigdy nie byliśmy wrogami. Zawsze pana kochałem i ceniłem – a cenię jeszcze bardziej od chwili, gdy walczył pan za swoją ojczyznę. Uważam to za najświętszy z obowiązków. Gdy stałem naprzeciw armii nieprzyjacielskich i widziałem Francuzów, Niemców i inne narody, nie byłem niespokojny. Lecz gdy miałem mieć przeciw sobie Polaków, zastanawiałem się dwa razy. Bo kto walczy za tak piękną sprawę, podwaja swoją wartość.”
Gdy zapytano go, które kobiety podobają mu się bardziej – Francuzki czy Angielki – odparł, że Francuzki są ładne, a Angielki piękne, lecz chłodne. Po czym dodał: „Mogę was zapewnić, że odkąd żyję, zawsze znajdowałem Polki najładniejsze i najbardziej ujmujące ze wszystkich.”
Mego najstarszego syna, który jest poważny i często roztargniony, nazywa staruszeczek; moją starszą córkę – moja ciotka, a mnie – mama.
***
Wizyta cesarza Aleksandra I w Puławach nie była jedynie kurtuazyjnym przystankiem w drodze na Kongres Wiedeński, lecz starannie wyreżyserowanym aktem politycznym, mającym na celu legitymizację rosyjskich aspiracji do zwierzchnictwa nad ziemiami polskimi poprzez osobiste pojednanie z elitami dawnego Księstwa Warszawskiego.
W centrum tego dramatu dziejowego znalazła się rodzina Czartoryskich, która od dziesięcioleci balansowała między lojalnością wobec ojczyzny a pragmatyzmem współpracy z dworem petersburskim, co najpełniej ucieleśniały odmienne drogi życiowe dwóch braci: Adama Jerzego i Konstantego Adama.
Fundamenty pod wizytę z 1814 roku zostały położone niemal dwie dekady wcześniej, kiedy to po trzecim rozbiorze Polski w 1795 roku, dobra Czartoryskich zostały skonfiskowane, a młodzi książęta Adam Jerzy i Konstanty Adam zostali wezwani do Petersburga jako swoiści zakładnicy, mający gwarantować lojalność rodu wobec Katarzyny II. To właśnie w tym okresie, w atmosferze dworskich intryg i oświeceniowych dysput, narodziła się niezwykła, intelektualna i emocjonalna więź między carewiczem Aleksandrem a Adamem Jerzym Czartoryskim.
Aleksander I, wychowany w duchu liberalizmu, znalazł w Adamie Jerzym bratnią duszę, z którą mógł dzielić marzenia o reformie imperium i przywróceniu sprawiedliwości narodom uciemiężonym. Jednocześnie Konstanty Adam Czartoryski, choć również obecny na dworze i służący w gwardii (Adam w konnej, Konstanty w pieszej), nie nawiązał tak głębokiej relacji z następcą tronu, co w przyszłości ułatwiło mu wybór innej drogi politycznej, związanej z orientacją pro-francuską.
Aby zrozumieć znaczenie wizyty z 1814 roku, należy skonfrontować ją z pobytem cesarza w Puławach w 1805 roku, tuż przed bitwą pod Austerlitz. Wówczas to Adam Jerzy Czartoryski przedstawił tzw. „plan puławski”, zakładający odbudowę Polski pod berłem Romanowów w granicach przedrozbiorowych, co miało być odpowiedzią na rosnącą potęgę Napoleona. Aleksander spędził w Puławach dwa tygodnie, prowadząc intensywne negocjacje z Berlinem i Wiedniem, a rezydencja na chwilę stała się faktyczną stolicą dyplomatyczną koalicji antyfrancuskiej. Wizyta w 1805 roku zakończyła się jednak fiaskiem politycznym. Prusy odmówiły współpracy, a klęska pod Austerlitz zmusiła Aleksandra do odwrotu i ostatecznie doprowadziła do pokoju w Tylży w 1807 roku, na mocy którego powstało Księstwo Warszawskie pod protektoratem Napoleona. To właśnie ten moment stał się cezurą, która rozdzieliła losy braci Czartoryskich i doprowadziła do sytuacji, w której w 1812 roku stanęli oni w „przeciwnych obozach”.
Podczas gdy Adam Jerzy pozostawał lojalnym doradcą cara (choć w coraz większej izolacji politycznej), Konstanty Adam Czartoryski zaangażował się w budowę armii Księstwa Warszawskiego. W 1809 roku, w okresie wojny z Austrią, uzyskał stopień pułkownika. Prawdziwy sprawdzian lojalności przyszedł jednak w 1812 roku, kiedy Napoleon rozpoczął „drugą wojnę polską” przeciwko Rosji. Konstanty Adam jako oficer V Korpusu Wielkiej Armii, brał udział w kampanii moskiewskiej, służąc pod rozkazami księcia Józefa Poniatowskiego. Jego zaangażowanie było na tyle znaczące, że został mianowany adiutantem generalnym cesarza Napoleona. Służba ta wiązała się z ogromnym ryzykiem osobistym i majątkowym, biorąc pod uwagę fakt, że rodzina Czartoryskich posiadała ogromne dobra w imperium rosyjskim, które mogły zostać ponownie skonfiskowane za zdradę stanu.
Dla Aleksandra I postawa Konstantego była bolesnym dowodem na to, że nawet rodzina jego najbliższego przyjaciela uległa „czarowi uzurpatora”. Jednakże, jako władca o skłonnościach do mistycyzmu i gestów wielkodusznych, Aleksander dostrzegł w osobie Konstantego idealny podmiot do zademonstrowania swojej koncepcji pojednania.
Po upadku Paryża w marcu 1814 roku i abdykacji Napoleona, Aleksander I stał się de facto arbitrem losów Europy. Zanim jednak udał się na Kongres Wiedeński, odbył szereg wizyt dyplomatycznych, w tym trzytygodniowy pobyt w Anglii w czerwcu 1814 roku, gdzie fetowano go jako „Zbawcę Europy” i „Północnego Sfinksa”. Jego powrót do Rosji, a następnie podróż w stronę Wiednia we wrześniu 1814 roku, prowadziła przez ziemie polskie, co było wyborem świadomie politycznym.
Obietnice złożone w Puławach we wrześniu 1814 roku stały się dla Adama Jerzego Czartoryskiego kapitałem politycznym, który starał się zdyskontować podczas obrad w Wiedniu. Aleksander I, zgodnie ze swoimi zapowiedziami, rzeczywiście uczynił kwestię polską jednym z głównych punktów spornych z Austrią i Prusami. Jednakże, zderzenie „idealizmu puławskiego” z „realizmem wiedeńskim” przyniosło rezultaty dalekie od pierwotnych planów. Zamiast dwunastomilionowego państwa obejmującego tzw. prowincje zabrane, utworzono Królestwo Polskie (Kongresowe) o obszarze zaledwie 128 tysięcy kilometrów kwadratowych i populacji około 3,3 miliona mieszkańców. Mimo to, nadanie konstytucji, która była jedną z najliberalniejszych w ówczesnej Europie, oraz zachowanie odrębnej armii, uznawano początkowo za sukces polityki Czartoryskich i osobistej woli Aleksandra.
Wizyta we wrześniu 1814 roku była ostatnim momentem tak pełnej harmonii między Aleksandrem I a polskimi aspiracjami narodowymi. W kolejnych latach, pod wpływem wewnętrznej opozycji rosyjskiej oraz rosnącego oporu polskiej opozycji legalnej (tzw. kaliszan), car zaczął odchodzić od swoich liberalnych przekonań. „Północny Sfinks”, który w Puławach obiecywał wskrzeszenie Polski, około 1820–1821 roku stał się monarchą reakcyjnym, widzącym w dążeniach konstytucyjnych zagrożenie dla stabilności imperium.



Komentarze