top of page
Szukaj

Chłodne wizyty

Mówiłam dziś rano przy śniadaniu z rodziną, że nie ma dnia, by ktoś nie przyjechał do Puław. Zrobiono zakład, że właśnie tego dnia nikt się nie zjawi, i opuściliśmy towarzystwo rodzinne, by uniknąć wielkiego upału. Ledwie znalazłam się sama w moim gabinecie, czytając, przyszli mnie powiadomić, że nadjechała kareta pełna ludzi. Chwilę później zobaczyłam, jak wszedł wysoki, przystojny mężczyzna, który podał ramię wysokiej kobiecie, mającej wygląd damy. Na podstawie ich ubioru i tego swobodnego tonu, który przybierali, wzięłam ich za cudzoziemców wysokiej pozycji. Pomyliłam się do połowy. To byli Walewscy, ale śpiewacy. Oni wracali z Petersburga i chcieli nam dać koncert. Trochę z nimi rozmawiałam, ale wykręciłam się od koncertu. Poszli tymczasem do zajazdu, a ja wróciłam do mojego gabinetu.

Zadowolona z wygrania mojego zakładu, nie spodziewałam się już dalszych wizyt, gdy zobaczyłam, że pojawili się księża mieszkający na górze św. Bernarda. Ich gościnność, znana na całym świecie, czyniła ich godnymi szacunku. Oni objeżdżali Europę, że tak powiem, kwestując na swoje hospicjum. Zaprosiłam ich na obiad i wysłałam, by odpoczęli.

Godzinę później usłyszałam hałas i coś w rodzaju kłótni w moim przedpokoju, po której moje drzwi się otworzyły i zobaczyłam najbardziej dziwaczną postać, jaką można sobie wyobrazić. Suchy i chudy mężczyzna w paryskim stroju, zapiętym od kołnierza aż do kolan. Rodzaj płaskiego krawata, którego oba końce opadały na jego brzuch. Wielki, ogromny, okrągły kapelusz, który zdjął na chwilę, by przejść. Drzwi, z których jedno skrzydło było zamknięte, drugie nie zostawiało mu dość miejsca, by przejść z tym jego niewiarygodnym kapeluszem. W chwili, gdy schylił głowę, zobaczyłam, że to był metodysta Anglik, który przybywał z Ameryki i podróżował pieszo, aby dotrzeć do Mołdawii, gdzie miał osiedle i żonę, która na niego czekała. On został jeszcze zaproszony na obiad.

Kiedy wszyscy goście przyszli, zasiedliśmy do stołu. Śpiewak chwalił się swoim kunsztem i od czasu do czasu wykonywał pasaże. Jego dama jadła z apetytem, ale nie rozchylała ust. Metodysta mówił o piekle i przewidywał z bólem, że to właśnie tam zostaniemy przeniesieni z powodu tego rozpustnego życia, w jakim żyliśmy. On groził przede wszystkim śpiewakom i już widział diabła gotowego, by ich pochwycić. Ojcowie z góry św. Bernarda oddychali jedynie prostotą i dobrocią. Wdzięczni za małą sumę, którąśmy dla nich zebrali, jedli spokojnie i obiecywali nam Niebo. Ten dzień wszystkich bardzo zabawił. Porównania, jakie można by czynić między tym wszystkim, co się tam zebrało, dawały temat do rozważań przez długi czas. Włosi odjechali. Słyszeliśmy ich jeszcze z dziedzińca, jak krzyczeli w swojej karocy. Metodysta odjechał do swojego zajazdu i kontynuował drogę. Dobrzy ojcowie, po udzieleniu nam błogosławieństwa, spali pod naszym dachem w Puławach i kontynuowali swoją drogę z tą spokojną radością, tym wewnętrznym zadowoleniem, jakie daje życie poświęcone dobru. To było dziwne, że przypadek zgromadził tego samego dnia na wsi takie osoby: śpiewaków, którzy wracali z Petersburga, księży z gór św. Bernarda i człowieka w połowie obłąkanego, który pieszo wracał z Ameryki.

 
 
 

Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń
bottom of page