Dziwna, lecz prawdziwa przygoda, która wydarzyła się tej jesieni w Puławach
- czytamszeptem
- 4 sie 2025
- 5 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 11 sie 2025
Wiesz, moja Maryniu kochana, że zarówno z upodobania, jak i z potrzeby moja skłonność nieustannie popycha mnie, by kierować kroki na manowce i ku innym miejscom.
Widok pięknego krajobrazu przyjemnie napełnia moje myśli: często spotkanie skromnego pielgrzyma, z kijem w dłoni, któremu zamyślenie skraca drogę, dostarcza mi ciekawej rozrywki. Nawiązuję rozmowę, towarzyszę mu przez kawałek drogi, słuchając jego opowieści. Jeszcze częściej rozmawiam z moim sercem, przechodząc przez miejsca, gdzie spacerowaliśmy razem.
Któregoś dnia poszłam do Świątyni Pamięci – dawno mnie tam nie było. Moja dusza odnajduje tam wciąż ojczyznę! Po kilku godzinach wychodzę stamtąd, a moje oczy zatrzymują się ze zdumieniem na tłumie dzieci, które zapełniały wszystkie schody i całe otoczenie. „To sieroty” – mówię sobie – „one potrzebują opieki i pomocy.” Moje serce nigdy nie opierało się takiemu widokowi. Tam, gdzie dziecko – emblemat młodej Świetlistej – delikatne jak Zefir, świeże jak poranek, barwi się kolorami wiosny na granicy światów.
Zbliżam się – jedne wyciągają do mnie ręce, inne się chowają, niektóre mają miny jakby obrażone. Zdumiona ich pięknem chcę je wypytać, lecz wszystkie mówią naraz i nie mogę ich zrozumieć: hałas, niczym trzepot skrzydeł ptasiego stada rzucającego się w liście gęstego drzewa, utrudnia zbliżenie się. Pod ich lekkimi szatami dostrzegam skrzydła o różnych kolorach, które bez przerwy się poruszają, a w srebrnych lokach ich jasnych włosów – opaski jaśniejsze niż tęcza! Cóż to ja sobie myślę – co oni mi tu właśnie opowiadają! W moim wieku próbują mnie jeszcze poruszyć…
Już przeczuwałam, że ta śliczna gromadka to tylko Amorki.
Zwracam się do tego, który wydawał się ich przywódcą, i pytam o znaczenie tej dziwnej wizyty.
„Jestem Miłością” – powiedział.
„Z pewnością jesteś” – odparłam.
„Ten tłum, który podąża za moimi krokami” – kontynuował – „to moje braterskie cienie. Na początku byłem jeden, lecz podzielono mnie. Musi tak być – Miłość jest i zawsze będzie ta sama. Wtedy towarzyszą mi szczęście i przyjaźń!
Nadzieja muskała ścieżki, które przemierzałam, zostawiając za sobą lekką Łaskę, za którą szłam z ufnością. Czasem zatrzymywałam na niej wzrok – a jej słodki, wonny oddech przywracał świeżość barwom moich skrzydeł i mojej opaski. Ale patrzcie tylko, jak dziwny jest ten świat! To, co uważałam za stworzone dla szczęścia wszechświata, stało się wkrótce źródłem znużenia: moja stałość zaczęła uchodzić za monotonię, nikt nie pragnął już nikogo prócz mnie, a każdy narzucał mi swoje wyobrażenie. Nawet Nadzieja stała się ulotna – pojawiała się bez końca, chwytała mnie, a potem ginęła w powietrznej fali.
Poskarżyłam się na to mojej matce, lecz nie zostałam zrozumiana: bardziej zazdrosna o swoją urodę niż o moje panowanie, jednym tchnieniem rozrzuciła wszystkie te Amorki po całym wszechświecie! Każdy z moich braci ma swoje własne oblicze. Wenus podzieliła między nich swe wdzięki, blaski – i swoje wady.
Spójrzcie na tego, co tupa nogami i klaszcze: to miłość wymagająca. Ten w kącie, co dąsa się jak dziecko – to miłość trudna, nigdy niezadowolona. Ten maleńki, co ułożył sobie łoże z kwiatów pod leżącymi lwami – to rozpieszczona miłość dziecka. Nie do zniesienia! Łotrzyk, co ostrzy sztylet – to miłość zazdrosna. Nikomu jej nie polecam a ta urocza, co uśmiecha się pośród róż – to miłość delikatna i czuła. I wreszcie ten, który igra z motylami – to miłość niewinna i lekka. Ten drugi, co głaszcze wielkiego psa – to miłość wierna. A tamten, rozsiadły na panterze – to miłość kapryśna. Ten, który płacze, opierając oczy o swoją opaskę – to z moich braci najsmutniejszy, miłość melancholijna. Ten, co mierzy głębokość przepaści, rzucając do niej spojrzenie i płomień – to miłość rozpaczliwa. Ten, który go powstrzymuje drobnymi rączkami – to miłość, która jeszcze skłania się ku nadziei. Ona przyozdobiła go swymi barwami – najczulszymi z czułych, z jasnymi włosami. Ten, który odwraca wzrok i nawet nie spojrzy – to miłość zdradliwa. Ma blond włosy, płynące oczy, a jego opaska jest czarna od dymu wiecznie niespokojnego płomienia. Spójrzcie na tego maleńkiego, który chce uchylić wrota Świątyni. Wspina się, niosąc wiązkę oręża, by je dosięgnąć – to z moich towarzyszy ten najbardziej chwalebny. A tamten, co igra z pawiami na gzymsie Świątyni – to miłość, której stała wesołość jest czarem oczarowującym.
Widzicie tego, który kryje się za kolumnami, a ja wciąż na niego spoglądam? To miłość kokieteryjna i łobuzerska. Ten mały, co przykłada palec z róży do swoich purpurowych ust – to miłość dyskretna. Ten blondynek, który klęczy i wyciąga ręce ku niebu – to miłość skruszona. A ten, którego zakryte oblicze chowa się w głębi kaptura – to miłość poszukująca. Rozczochrany malec w podartych szatach – to miłość włóczęga. (Gdy się ją obnaży – to zawsze kończy się źle.) Ten, co chowa się za bzami – to miłość figlarna. Często kradnie nasze strzały i pochodnie – i wtedy właśnie powstają najpiękniejsze niedorzeczności!”
Gdy wychyliłam głowę, by mu się przyjrzeć, ujrzałam czarującą kobietę, trzymającą uśpionego Amorka w fałdach śnieżnobiałej szaty. Wzięłam ją za Wenus. Potem pomyślałam – może Hebe?
„Nie” – powiedział mój mały przewodnik. – „To przyjaźń.”
Mały łobuziak rzucił się w jej ramiona – i nigdy nie ukazuje się inaczej, jak tylko pod jej imieniem.
Byłam olśniona i nie mogłam już pojąć, co zgromadziło te urocze istoty u stóp tej Świątyni, gdzie czas zaciera wszystko, co wiąże się z niestałością. Zagubieni – zapewne pytacie o Ducha Kwiatów – powiedziałam. Ale w moim wieku nie można mu już służyć.
„Nie!” – zawołał przywódca orszaku, tupiąc nogą o bruk Świątyni. – „To tajemnica, którą próbujemy odkryć. Oto istota sprawy – w czterech słowach” – dodał, odsuwając swą opaskę. - „Natura nam się poddaje – ale wasza córka się buntuje! Każdy z nas próbował poskromić to dziwne stworzenie – ale nic się nie udało.
Miłość kokieteryjna ją rozbawiła. Miłość, podszywająca się pod przyjaźń, posłała jej spojrzenia – ale i to zawiodło. Wkrótce ich wyrzucono za drzwi – a ona teraz igra z naszymi wysiłkami! Mówią, że znacie jej sekret. Przybyliśmy, by go poznać.”
„Ach” – odparłam – „niełatwo przeniknąć serce kobiety! Kto wie, czy ja sama je rozumiem? Ale oto, co zauważyłam – i co powierzę wam pod pieczęcią tajemnicy: Widziałam młodzieńców, którym przypisano role – i którzy przysięgali, rozważając to, czego nie chcieli uczynić. Zrozumiałam to dobrze – i dlatego mówię o tym właśnie w ten sposób. Odkąd poznałam Marie, widziałam tylko jedną miłość, która nigdy jej nie opuściła. Miłość, której oddaje najczulszą, najwierniejszą, najdelikatniejszą opiekę. Miłość, która nigdy się nie zmieniła – i której czar rozlewa się na każdą chwilę.”
Mała ciekawska gromadka tuliła się do mnie i słuchała uważnie – czekali łapczywie na rozwiązanie zagadki.
„To miłość jej szczęśliwej matki” – powiedziałam w końcu. „Miłość natchniona, która nigdy jej nie opuszcza! Moje szczęście i moje odrodzenie są jej owocami. Nie przypomina was” – dodałam jeszcze – „ale ma uroki, których nic nie potrafi zastąpić.”
Wzruszona, skrzydlata towarzyszka zadrżała. Śliczne twarzyczki dzieci spoważniały, poruszone. Widziałam, jak unoszą się w powietrze – niemal wszystkie, jedna za drugą.
Miłość, podszywająca się pod przyjaźń, znała tylko zabawę – ale podążyła za swoimi braćmi.
A ja, zbierając odłamki śmiechu i wszystkie te dzieci…Uczyniłam z nich trofeum, które zaniosłam do Świątyni, by zawsze – tak, zawsze – pamiętać o tej ukochanej miłości Marie.




Komentarze