Fryderyk II (Wielki) i polskie kobiety
- czytamszeptem
- 17 lis 2025
- 4 minut(y) czytania
Moja najstarsza córka miała nieszczęście poślubić księcia Ludwika Wirtemberskiego. To skłoniło mnie do odbycia podróży do Berlina, aby ją odprowadzić i poprowadzić w życiu trudnym i okrutnym w każdym szczególe.
Zostałam przedstawiona rodzinie królewskiej.
Król Fryderyk II wciąż panował, lecz przebywał stale w Poczdamie, gdzie można go było zobaczyć tylko w pewne wyznaczone dni. Wyznaczono mi jeden z tych dni. Przygotowywałam się do tego z pewnego rodzaju niepokojem, który wzbudzała we mnie opinia, jaką o nim sobie wyrobiłam, słysząc od czasu - gdy osiągnęłam wiek rozumu - jak wychwalano jego geniusz i jego czyny, które nadawały jego sławie coś gigantycznego i niezwykłego. To mnie onieśmielało.
W dniu mojej prezentacji udałam się na zamek. Pani de Foss, wielka ochmistrzyni królowej, mnie przyjęła. Chwilę później powiedziała mi, żebym poszła z nią do sali audiencyjnej. Sądziłam, że zastanę tam liczne grono osób i że zginę w tłumie. Zamiast tego znalazłam się jak dziecko w tym pokoju, sama z panią de Foss, a w chwili, gdy przechodziłam przez drzwi, te naprzeciwko otworzyły się i król wszedł, również sam.
Pani de Foss podeszła i powiedziała do króla:
Oto pani księżna Czartoryska, którą mam zaszczyt przedstawić Waszej Wysokości.
Odwróciwszy się na pięcie, wyszła, zostawiając mnie samą z człowiekiem, o którym miałam najbardziej przerażające wyobrażenie i którego uważałam za znacznie przewyższającego wszystko, co dotąd znałam, pod względem ducha i wiedzy.
Tak bardzo straciłam głowę, że gdybym wyszła natychmiast, przysięgłabym, że król miał sześć stóp wzrostu.
Król ujął mnie za rękę i powiedział łagodnie:
Pani, jestem stary i słabo widzę, pozwólcie, że zaprowadzę was do okna, że ustawię was pod światło, abym mógł przyjrzeć się wam w spokoju.
Moje zakłopotanie wzrosło do tego stopnia, że łzy napłynęły mi do oczu. Nie miałam jeszcze odwagi ich podnieść. Drżałam jak liść. Miałam wówczas zaledwie trzydzieści lat.
Król, widząc mnie tak poruszoną, chciał widocznie mnie uspokoić i rozpoczął następującą rozmowę, wciąż trzymając mnie za ręce:
Dała nam pani anioła. Mam ją w moich myślach. Jej szczęście obchodzi mnie bardziej, niż potrafię pani powiedzieć!
Na te słowa podniosłam oczy i zdobyłam się na odwagę, by spojrzeć na tego, który nazywał moją córkę aniołem. Byłam zdumiona, widząc przede mną nie kolosa, jak sądziłam, lecz małego człowieka, mniejszego ode mnie. O twarzy zdeformowanej, w znoszonym mundurze, całym umazanym hiszpańskim tabakiem. O najpiękniejszych błękitnych oczach, spojrzeniu łagodnym, choć przenikliwym i czymś szorstkim w całej jego postawie.
Widząc, że na niego patrzę, ale nie mam jeszcze odwagi odpowiedzieć, ciągnął dalej:
Pani anioł znajdzie we mnie zawsze przyjaciela. Wyszła za mąż za bratanka, ale chcę mówić do pani szczerze: ci dwoje nie są stworzeni, by iść razem. Ona jest dla niego aniołem… - zatrzymał się - Pani go zna i pani go ocenia. Tymczasem przepowiadam pani, że to nie może trwać! W każdym razie niech zawsze zwraca się do mnie, gdy będzie tego potrzebować.
Król, mówiąc do mnie w ten sposób, znalazł sposób, by mnie uspokoić. Stałam się spokojna, a jedynym uczuciem, jakie wtedy odczuwałam, była wdzięczność wobec niego.
Zostałam tam prawie godzinę, starałam się wyrazić moją wrażliwość; matka łatwo się wzrusza, kiedy mówi o swoim dziecku.
Król następnie mówił do mnie o różnych rzeczach - o Polsce, o królu Polski. Ten temat był delikatny; Fryderyk dopiero co rozdarł nasz kraj wraz z dwoma swoimi sojusznikami.
Dość dobrze wybrnęłam z tej sytuacji.
Pamiętam między innymi pytania, jakie mi zadał. Zapytał mnie, czy król Polski nosi mundur. Poczułam ironię tego pytania, nasza armia była bowiem wówczas zredukowana, niemal unicestwiona.
Uznałam więc, że postąpię właściwie, odpowiadając, że nosi - co zresztą było prawdą - mundur Szkoły Rycerskiej.
- To jest dobra odpowiedź – rzekł – bo to naprawdę król w szkole.
W tym momencie poczułam bunt; wydało mi się, że ta zniewaga jest źle wymierzona. Łzy znów napłynęły mi do oczu i bez zastanowienia odpowiedziałam:
- Panie, dał mu pan lekcję okrutną i niezasłużoną.
Nie ośmieliłam się spojrzeć na niego, kiedy wchodziłam, byłam poruszona, gdy mówił mi o mojej córce, a uniosłam się gniewem, kiedy dotykano mojej nieszczęsnej Ojczyzny i nieszczęsnego króla, którego upokarzano, zanim jeszcze go ogołocono.
Ledwo te słowa wyrwały mi się z ust, ogarnął mnie strach, lecz on, nie okazując, że je zauważył, powiedział:
- Powtarzałem wiele razy, że kobiety powinny rządzić Polską. Byłoby o wiele lepiej. Znam już kilka takich, a pani szczególnie utwierdza mnie w mojej opinii.
Wtedy, żegnając mnie z szacunkiem i czułą uprzejmością - odszedł, powtarzając jeszcze, że bardzo się cieszy, iż mnie poznał i że moja córka powinna zwracać się do niego, gdy będzie miała jakieś troski lub przykrości ze strony swego męża.
Tak zakończyła się ta pierwsza wizyta.

Kontekst historyczny:
Fryderyk II Hohenzollern, zwany Fryderykiem Wielkim (1712–1786), był królem Prus od 1740 roku i jednym z najbardziej wpływowych władców XVIII-wiecznej Europy. Syn surowego, militarystycznego Fryderyka Wilhelma I, dorastał w atmosferze dyscypliny, którą odrzucał: kochał muzykę, filozofię i literaturę, przyjaźnił się z Wolterem, a jednocześnie nienawidził brutalnych metod ojca. Po objęciu tronu połączył dwa światy: był jednocześnie filozofem i żołnierzem. Wzmocnił armię, prowadził agresywną politykę ekspansji (m.in. wojny śląskie), a jego cyniczna, chłodna linia uczyniła z Prus potęgę militarną.
Był władcą inteligentnym, błyskotliwym i niezwykle pracowitym, choć przy tym zimnym, nieufnym i skłonnym do sarkazmu. Miał słabość do sztuki, ogrodów i gry na flecie, a jednocześnie lekceważył ludzkie cierpienie, gdy chodziło o interes państwa. W polskiej historii zapisał się przede wszystkim jako jeden z autorów rozbiorów – przeciwnik słabego państwa polskiego, które otwarcie wyszydzał. Pozostaje postacią podwójną: ostry strateg i jednocześnie wrażliwy esteta, człowiek o ogromnej energii umysłowej, który zbudował potęgę Prus, ale kosztem swoich sąsiadów.
Jego wypowiedź: „Powtarzałem wiele razy, że kobiety powinny rządzić Polską. Byłoby o wiele lepiej.” – można by dzisiaj uznać za feministyczną. To wyjątkowe, bo w XVIII wieku głoszenie takiej opinii przez monarchę – zwłaszcza słynącego z chłodnej racjonalności i militarnej surowości – było raczej czymś rzadkim. Fryderyk II, choć cyniczny wobec Polski jako państwa, w tym momencie uznał kompetencje i siłę kobiet, stawiając je ponad mężczyzn w kwestii rządzenia.
Można to interpretować jako:
• gest kurtuazji wobec księżnej Izabeli, która odważyła się sprzeciwić królowi;
• ironiczny komentarz polityczny, ale jednocześnie wyrażający podziw dla odwagi i inteligencji kobiet;
• przebłysk oświeceniowego myślenia, gdzie rola kobiet w życiu publicznym zaczynała być dyskutowana.



Komentarze