Izabela Czartoryska – Fragmenty pamiętników (Część 1)
- czytamszeptem
- 19 sie 2025
- 4 minut(y) czytania
1805
W czerwcu wyjechałam do Lubienia. Tam wody i kąpiele brałam. Wody te słabe, mało mi pomogły, ale zabawa, spokojność i rozmaite rozrywki większy skutek na zdrowiu moim sprawiły.
Na końcu lipca umyśliłam podróż dawno już uprojektowaną, na Wołyń, Podole i Ukrainę uskutecznić.

Zabawiłam kilka dni we Lwowie, pojechałam na Brody do Wiśniowca.
Mniszecki Marszałek przyjął mnie uprzejmie. Sama, jak najczulej stamtąd wyjechawszy, byłam w Dubnie.
Dojeżdżając, spotkałam Józefa Szumlańskiego, który na ówczas był w służbie rosyjskiej. Szumlański dawny i nieodmienny nasz przyjaciel, widząc że Genio Bauer, który komenderował w Dubnie, miał oficera wysłać na przeciwko mnie, prosił aby jego a nie innego wysłać. Szumlański prowadził nas prosto do Dubna, do Pałacu Pana Chodkiewicza, który zwybornie, nawet z wymysłem wyporządzony, wygodnym i miłym mieszkaniem dla nas się stał.
Ledwyśmy wysiedli, Generał Bauer z wielu oficerami do nas przyszedł. Ale co jeszcze milej sercu memu było, to że wiele osób krajowych tam się zjechało i przyjaźnie mnie wszyscy przyjęli. Na czele tych, wdzięczność moja kładzie Państwo Karwickich i Księcia Stanisława Jabłonowskiego.
Po krótkiej chwili przyniesiono stół, najpyszniej w farfury i kryształy przybrany, z herbatą, kawą, lodami, etc.
Wieczór, zaproszona będąc do G. Bauera, znalazłam u niego ludzi mnóstwo, Gościnność największą i wybór najgrzeczniejszych atencji. Jedną wyszczególnię.
Przed kolacją zapytana, czy chcę Muzykę Reymontową, słyszę, gdym o nią prosiła, zaczęła grać i nie inne miała nuty, tylko kompozycję Córki mojej, Księżnej Würtemberskiej.
Na drugi dzień, zaproszona na paradę. Kilku tam stojących Reymontów, na tym spędziłam część poranku. Byłam w sklepach, które na ówczas z przepychem osobliwe co do orientalnych towarów napełnione były.
Wieczór był bal u Pana Witta, który przy końcu ofiarował miecz turkusami nasadzany, który się zachował był w skarbcu Szczęsnego Potockiego, a który był tym najbardziej szacowny, że Władysław Jagiełło nim Szlachtę Litewską pasował na Rycerzy. Przy tym pierścień srebrny z napisem na samej obrączce: Władysław IV.
Z Dubna pojechaliśmy do Mizocza, do Państwa Karwickich. Gościnność największa. Uprzejmie, przyjaźnie, wesoło przyjęta, więcej tygodnia tam bawiłam. Nieuwagę tu zamilczeć mojej najczulszej wdzięczności. Cokolwiek tylko najdelikatniejsza przyjaźń utworzyć może, wszystkiego tego w tym domu doznałam. Przy tym słodkie tam mieszkanie, gdyż się zdawało, że wszystkie uszczęśliwienia w tym domu umieszczone. Mąż, żona i dzieci wspólnie się serdecznie kochają. Ludzie wierni i szczęśliwi. Dom najporządniejszy, usługa doskonała. Miejsce piękne, dom wesoły, sąsiedzi przywiązani.
Tym wszystkim przejęta, chciałam wdzięczność moją oświadczyć gospodarzom. Mają pokój, gdziem mieszkała, do tego sposobny, ustroiłam go w szale i kwiaty, między któremi stał ołtarz, przy którym wiły uploty kwieciste, miłość z przyjaźnią. Ta była Emma Potocka, piękna i hoża, w białej tunice ze złotą przepaską miłość zastępowała, Zosia Matuszewicówna w dziecinnej jeszcze dobie. Za niemi stał staruszek przyzwoicie ubrany, z kosą w ręku, który zdawał się bieżący, ale kwiaty sypiąc, dodawał je przyjaźni i miłości. Między niemi, na kamieniu, wyryte te słowa były: Niech taśma życia waszego Miłość z Przyjaźnią wije, a czas upływając, niech na nią kwiaty sypie.
Nazajutrz, w licznej kompanii, wyjechaliśmy z Mizocza do Międzyrzecza. W półdrogi dobre było śniadanie, a wesołość wpośród nas: rzadko mi się trafiło tak widzieć wszystkich i siebie samą wesołą. Po śniadaniu pojechaliśmy wszyscy do Międzyrzecza, do Pana Steckiego, który nas uprzejmie przyjął. Tam cały dzień bawiliśmy i na muzyce nam nie zbywało, bo od tego momentu, jakeśmy przyjechali do późnej nocy ustawnie Kapela grała a zawsze kotły i trąby pomagały.
Stamtąd, nazajutrz, ruszyliśmy do Annopola, do Księcia Stanisława Jabłonowskiego, który od dawna mój, nigdy, w żadnej okoliczności dla mnie nieodmienny Przyjaciel. Niech tu przyjmie wyrazy wdzięczności, której pamięć zostanie dzieciom y potomności. Sposób myślenia najuczciwszy, delikatność rzadka, hojność szlachetna – są to przyrodzone w nim przymioty. Przy tym wesoły i dowcipny, a z tego można miarkować, jak u niego byłam przyjęta. Gościnność i zabawy wszystkie chwile napełniały. Annopol przez swoje położenie piękny, a przy tym kształtny, ozdobiony, tysięczne nam zabawy dostarczał. O balach, spacerach i innych takowych rozrywkach mówić nie będę; tylko wyrażę tu użycie dnia ostatniego naszej tam bytności.
W pośród drzew najpiękniejszych, na świeżej murawie, pomiędzy zawieszonemi uplotami kwiecistemi, wieńcami z róż, z bławatków, z barniaku, z maków rozmaitych, podwieczorek wszyskich zgromadził. Dumy Krajowe dały się słyszeć. Krótko po tym, z gęstwiny postrzegliśmy wychodzące ciżbę ludzi, która, gdy się zbliżyła, ukazała nam Wieśniaków, a między niemi dwa wesela. Młode i świeże pary, uśmiech i uszczęśliwienie na twarzach, ku mnie się posunąwszy, opowiedziały wszystkim przytomnym, że na pamiątkę mojej bytności, Książę wyposażył te wieśniaczki i na wieczność uwolnił, dając im grunta i gospodarstwo. Przy tym jeszcze, we wszystkich wsiach, czynsze na kwartał darował. Ten dzień, ten sposób przyjęcia, w sercu na zawsze moim zostały wyryte. Zapomnieć go nie mogą. Czym bym mogła się wypłacić! Uczuciem najtkliwszym i nigdy nie wymazanym.
Z Annopola pojechaliśmy do Tuczyna, do Walewskiego Wojewody. Tam obyczaje i sposób życia zupełnie staropolski, miał swoje powaby. Familia bardzo liczna a do tego sąsiadów dużo, którzy wszyscy zebrani w Tuczynie, na on czas wesołość pomnażali. Dom piękny, gościnność owa dawnych Polaków, bez wymysłów, ale z serca prostego wypływająca, tam od rana do wieczora panowała. Jedli, pili cały dzień. Ale się zdawało, że cokolwiek się działo, zawsze w ukontentowaniu i z jakiejś osobliwszej czułości swe zrzodło brało. Wieczór tańcowali. Gospodarz bal zaczynał. Twarz piękna, figura przystojna, wąs czarny. Żupan z tureczyzny, kontusz aksamitny, pas perski, buty żółte, postać niepospolita, takim był Walewski, Wojewewoda Sieradzki. Tańcował po polsku doskonale, powabnie i lekko.
Ja, co nigdy obojętnie nie widzę taniec polski, w stroju polskim, z piękną muzyką, z uczuciem Polki na ten patrzałam.




Komentarze