Na Gessnera - w Puławach
- czytamszeptem
- 9 lis 2025
- 4 minut(y) czytania
15 czerwca- jednego z najpiękniejszych dni lata w 1792 roku
Gwałtowna burza po pięknym dniu natchnęła mnie spokojną, rozmyślną melancholią.
Ten obraz życia - w którym niepokój i smutek tak szybko następują po szczęściu - wzniósł moją duszę ku Bogu potężnemu i dobremu, ku Ojcu Natury, w którego łonie człowiek znów odnajduje spokój, ciszę i nadzieję, która go pociesza, i ów urok, który przez samą myśl przywiązuje go do istnienia Wzniosłego Obrazu Wieczności. Szłam samotną ścieżką i zdawało mi się, że róże i goździki wciąż drżą po burzy na swoich łodygach i liściach, ciężkich od kropel deszczu, którymi ulewa je zalała.

Przez ogromne kasztany widziałam słońce, które powróciło na chwilę, właśnie w momencie, gdy miało już zniknąć za górami. Wciąż jeszcze uśmiechało się do Natury, a jego purpurowo-złote promienie przebijały się przez lekką mgłę, która otulała skraje pobliskich wzgórz. Cała Natura zdawała się świętować jego odejście. Niebieskawe obłoki zamykały horyzont, ptaki śpiewały samotnie, brzmiały jak głosy dusz.
Wychodząc z gaju, ogarnęłam jednym spojrzeniem cały przeciwległy krajobraz - a ten wspaniały obraz powtarzał się w zwierciadle rzeki, płynącej u mych stóp. Fale igrały przy brzegach, między korzeniami wierzb okrytych pianą, oplecionych sitowiem i wikliną.
W oddali ujrzałam zmęczonego oracza, którego wydłużony cień towarzyszył mu, gdy wracał do swej chaty. Stada schodziły w doliny, z oddali dobiegał dźwięk pasterskich fletni, a ziemia, odświeżona przez burzę, napełniała powietrze wonią niezliczonych kwiatów i ziół.
Nieszczęśliwy człowiek, który nie czuje nic, patrząc na tyle piękna! Nieszczęsne serce suche i jałowe, które nie staje się lepsze, otoczone wzruszającym obrazem Natury i dobrocią Stwórcy.
Jakże biedna jest dusza, której nie porusza wrażliwość, ani nie unosi zachwyt. Nieszczęsna istota oziębła, która pod pięknym niebem, w pogodny dzień, w cudnym miejscu, nie myśli o żadnym z dóbr stworzonych dla szczęścia człowieka. Nieszczęśliwy ten, komu ten wzruszający widok nie przywodzi na myśl ani dzieci, ani przyjaciół, ani ojczyzny, jeśli jest od niej daleko. Kto nie napełnia się żywiej wspomnieniami ani nie czerpie więcej radości z nadziei.
Wszystko, co mnie otaczało, było tak piękne, że nie mogłam oderwać się od tego miejsca.
Obok leżał duży kamień, pokryty grubą warstwą mchu, zatopiony w żwirze od wieków, który okrywał korzenie ogromnej, białej topoli.
Usiadłam na nim.
Stopniowo spokój ciszy rozlał się wokół mnie i zdawał się szanować odpoczynek Natury. Tylko słowik śpiewał w kwitnących krzewach głogu i dzikiej róży, a echa dolin powtarzały jego głos. Zdawało się, że Natura wybrała go, by przyozdobił ciszę tej pięknej nocy. Melancholia lubi go słuchać, a łagodna radość uśmiecha się do jego tonów.
Pośród spokojnych rozmyślań, które budziły we mnie różne uczucia, nadszła noc. Księżyc powoli wzniósł się nad horyzontem i otulił ziemię swoim łagodnym światłem, nadając wszystkiemu wygląd uroczysty i wzniosły.
Ciemne sylwetki drzew zdawały się sięgać niebios. Fale rzeki odbijały długą smugę światła, która ginęła, przesuwając się z jednego brzegu na drugi.
Od czasu do czasu docierał do mnie nieokreślony, cichy dźwięk z pobliskich domostw i łagodnie przypominał mi, że nie jestem całkiem sama na ziemi.
Wszystkie ogniska w okolicy już wygasły. Tu i ówdzie widziałam tylko świetliste owady, zawieszone na lekkich gałązkach krzewów lub pełzające po zgniecionych łodygach kwiatów, które burza położyła.
Moje serce i moja dusza napełniły się rozkosznym uczuciem. Wyobraźnia uniosła mnie ponad granice, jakie niespokojna wrażliwość stawia nadziei. Czułam czyste szczęście, wolne od bólu. Wierzyłam, że wszystko jest możliwe — i można by rzec, że oddychałam samym szczęściem.
A potem dusza moja, wznosząc się ponad siebie, szeptała: „Uczyń, o wielki Boże, szczęśliwymi wszystkich, których kocham; obdarz moje dzieci błogosławieństwem i nigdy nie rozdzielaj mnie z moimi przyjaciółmi.
Zapominałam o upływających godzinach. Co chwila inny obraz budził nowe wspomnienie albo rodził we mnie nowe pragnienie. A jeśli czasem w moje uczucia wkradł się żal za tym, co minęło, łagodna melancholia dodawała uroku tym cennym chwilom, kiedy, sam na sam z Naturą, dusza jest całkowicie wolna, a serce pełne rozkosznego spokoju.
Składałam Ci hołd, Stwórco świata — dobry i łaskawy Boże.
Potem, zapomniawszy o całym świecie, myślałam o was, moi najdrożsi przyjaciele. Czułam radość z waszej miłości i z własnej wdzięczności.
Wkrótce łagodny blask księżyca zaczął gasnąć, a spokojną ciszę przerwał śpiew cykady z pobliskiej łąki. Jutrzenka rozbieliła wzgórza, pierwsze promienie słońca pozłociły doliny i Natura uśmiechnęła się wszystkimi swoimi wdziękami.

Wstałam, by odejść.
Usłyszałam, jak pokrzewka znów zaczęła swój śpiew, tak słodki i tkliwy, jak twoje myśli, droga Marianno, gdy troszczysz się o swoją matkę. Kwiaty wydały mi się równie świeże jak ty, moja droga Zofio, gdy przychodzisz mnie objąć.
Nieodparty urok zdawał się uśmiechać do mnie z każdej łąki i każdego gaju, przez który przechodziłam.
Dotarłam do domu.
Poranne słońce rysowało na białych ścianach ruchome cienie róż i bzów, kołyszących się przed oknami. Wreszcie poczułam błogość i położyłam się spokojna. Po przebudzeniu pragnęłam tylko ujrzeć moje dzieci i przyjaciół.
Zasypiając, powtarzałam wciąż do siebie: „Bóg jest dobry. Człowiek jest blisko szczęścia, gdy potrafi się nim cieszyć. Boże wszechmogący, zachowaj mi to szczęście, zachowując dla mnie tych, których kocham.
Salomon Gessner (1730–1788), szwajcarski poeta, malarz i rytownik z Zurychu, był jednym z pierwszych europejskich twórców sentymentalizmu. W swoich idyllach – poetyckich opowieściach o prostych ludziach żyjących w harmonii z naturą – ukazywał świat pozbawiony przepychu i przemocy, w którym dobro i piękno rodzą się z uczuć, nie z dogmatów. W jego wizji natura była świątynią, a czułość – najwyższą formą moralności.
Izabela Czartoryska, czytając Gessnera, odnalazła w nim duchowe pokrewieństwo. Pisać „w jego stylu” znaczyło dla niej mówić językiem serca, nie dworu. Zamiast hierarchii i obowiązku – kontemplacja, wdzięczność i łagodność. Gessner nauczył ją, że prawdziwe piękno nie wymaga kaplic ani tronów, lecz wrażliwości. W Puławach Izabela stworzyła własną wersję idylli – nie sielankę o pasterzach, lecz medytację o człowieku, który w naturze i w miłości do innych szuka Boga.



Komentarze