Przeprawa przez rzekę
- czytamszeptem
- 7 sie 2025
- 5 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 11 sie 2025
Byłam w Gruszczynie i chcę opisać dziennik tej podróży.
Dlaczego ta fantazja – by spisywać tak proste wydarzenia? Sama nie wiem. Moje serce mnie do tego popycha. Chcę jeszcze raz przywołać urok, jaki odczułam podczas tej małej podróży.
Wyruszyłam w sobotę, przy najpiękniejszej pogodzie. Wydawało mi się, że opuszczam Puławy z pewnym smutkiem. Wszystko tonęło w kwiatach, a wiosna odnawiała naturę. Przeprawiłam się przez Wisłę, usłyszałam dźwięk rogu pocztowego. Odgłos wioseł mieszał się z echem obu brzegów. To przywołało we mnie tysiące obrazów – wspomnienia szczęścia, nieszczęśliwych epok, świąt w Puławach, grabieży, spustoszeń. Wszystko to rozegrało się w tym samym miejscu, które do dziś ma dla mnie niezmienny czar.
Obrazy przesuwały się szybko. Przypomniałam sobie pobyt cesarza Aleksandra, nadzieje, jakie wtedy z nim wiązano, potem kolejne przewroty wydarzeń, aż w końcu pojawienie się Napoleona w Polsce. Jego obietnice, jego słowa – rozbudziły nową nadzieję.
Zatrzymałam się na tym obrazie. Ozdobiłam go wszystkimi czarami, jakimi dysponuje moja wyobraźnia. Zapomniałam przeszłość, zapomniałam o wszystkim, co wycierpiałyśmy i pokochałam przyszłość – bo miała mi oddać moją ojczyznę. Jechałam, niemal pijana z nadziei; zbliżając się do Warszawy, czułam, jakbym już była nad brzegami Pilicy. Łatwo dostrzegałam ten drugi brzeg, gdzie znów powiewały orły i gdzie Polska wierzyła, że się odradza.
Pozwalałam sobie patrzeć z oddali, a moje serce biło z radości – z przekonania, że znów zobaczę moją córkę, i że spojrzę jeszcze raz na ziemię, która nie miała już innych panów niż swoich mieszkańców.
Łódź przybiła do brzegu, a ja kontynuowałam drogę, niosąc ze sobą moje myśli, moje nadzieje i moje złudzenia.
Droga
Czasem wystarczy naprawdę niewiele, by pokrzyżować najlepiej zaplanowane zamiary. Chciałam spokojnie odbyć podróż, zająć się tym, co zaprzątało moją głowę i zjeść obiad w Gruszczynie.
Ledwie przejechałam trzy mile, gdy burza rozpoczęła łańcuch przeciwności, które miałam przeżyć. Nagle uderzył wiatr, a piasek i grad biły nas po twarzy. Jechałyśmy otwartą karetą. Nim dotarłyśmy do gospody, w której nas przyjęto, byłyśmy już przemoknięte i zziębnięte. Nasza podróż musiała się przedłużyć – i to kładło cień na wizję obiadu. Moi ludzie byli już w złym humorze, Zosia domagała się jedzenia, a moja pokojówka dostała bólu głowy.
Szarość zalała wszystkie przedmioty, które jeszcze chwilę wcześniej miały kolor różu. Pod wieczór zobaczyłam jednak mały domek w Gruszczynie i otaczające go topole. Radość wróciła i już miałam cieszyć się wszystkim, co mnie urzekło w tej podróży – gdy nagle, tuż przy wjeździe na podwórze, zobaczyłam szeroki dół, zalaną drogę, zerwany most. Trzeba było zawrócić, wjechać w bagna, zrobić objazd i zostać ochlapaną błotem.
Dobry humor na chwilę powrócił i miałam nawet święte przekonanie, że miałam do tego powód. Milczałam, niecierpliwiłam się, a powóz jechał dalej. Podniosłam wzrok – zobaczyłam zielony dziedziniec Gruszczyna, kasztanowce w kwiatach, a potem – starego Kozłowskiego. Nie myślałam już o bagnach ani o objazdach.
Zobaczyłam Loreia, który szedł przez ścieżkę, a potem – tam, na ławce – znajomą postać. Serce mi zabiło. Jeszcze chwila… Tak, pięć kroków dalej zobaczyłam drzwi domu i moją córkę, która wyciągała do mnie ramiona!
Czy mogłam wtedy myśleć o czymkolwiek innym? Nie. Widziałam tylko moją córkę. Objęłam ją, zapomniałam o wszystkim – i czułam tylko jedno: szczęście bycia jej matką. Oto jestem w Gruszczynie.
Pierwszy wieczór
Zaledwie przyjechałyśmy, moja córka i ja byłyśmy zajęte jedynie szczęściem ponownego spotkania i pragnieniem – ona, by pokazać mi swoje prace, ja, by je zobaczyć.
Posiadanie własności nadaje pewien szczególny urok każdemu, kto ją posiada. Gruszczyn dawał mojej córce to przywiązanie, jakie odczuwa się, widząc, jak rozkwita własne dzieło – a mnie radość odnajdywania w nim śladów jej smaku i pracy.
Gdzie indziej można by było zobaczyć tylko zbiorniki wody i gęste kępy trawy, które dopiero co wydała ta ziemia. Można by się było obawiać wilgoci, mówiono o reumatyzmie, a ludzie obojętni jeszcze bardziej podkreślali niedogodności. A jednak – córka opowiadała, matka słuchała, teraźniejszość wydawała się urocza, a przyszłość – jakby już istniała.
Brodziło się w błocie, spacerowało się dużo – a ponieważ nie było nikogo obojętnego, wszystko wydawało się wspaniałe.
Nie było tam nikogo, zapytacie? Przeciwnie – był tam młody, wzniosły nieboskłon mojej córki. Pampeliche – dobra i ładna – była jak doskonała istota pośrednia w swoim rodzaju. W całym Gruszczynie panowała dobra atmosfera. Była tam też mała Zosia.
Wśród tych wszystkich obecnych istot – obojętność serca, chłód duszy, lenistwo czy puste spojrzenie – nigdy się nie pojawiały. Nigdy nie czuło się nudy ani zniechęcenia.
Cécile, wychowana przez moją córkę, stawała się przez to osobą miłą. Była wdzięczna bez wysiłku i stała się ukochanym zajęciem dnia. Ta istota pośrednia zajmowała się wszystkim z zapałem i przywiązaniem. Rachunki, zakupy, porządki – wszystko spadało na jej głowę, a mimo to oddawała większość swego czasu innym, nie zostawiając miejsca ani na nudę, ani na obojętność.
Moja córka i ja… Kocham ją jak ukochane dziecko, a ona mnie – jak matkę, która oddałaby za nią życie. Moja córka jest pełna rozumu, subtelności, talentów. Ja bywam czasami całkiem miła, a moje serce należy całkowicie do niej.
Mała Zosia – pieszczona, ukochana, żywa, lekka, młoda, świeża jak pąk róży – lubię ją obserwować bez troski o jutro, bez żalu za wczoraj. Ona żyje tylko chwilą obecną, kocha biegać, cieszy się wszystkim i nigdy się nie martwi.
Plany były opowiadane, prace – podziwiane. Weszłyśmy do salonu – widok z niego był zachwycający. Wisła płynęła – ta rzeka nigdy nie ustaje. Łodzie krążyły naprzeciwko, zalesiona wyspa dawała bydłu wodopój – można je było zobaczyć pasące się, a potem dojone. A potem – znów łodzie z mleczarkami, z ich wiadrami pełnymi mleka.
Masywne drzewa przy brzegu dawały cień na najpiękniejszym trawniku. Korzystało się z tego – podano herbatę, rozpoczęły się rozmowy. Układano Europę i ogród, karmiono się nadziejami. Wierzono w odrodzenie Polski i ściskano drzewa, które samemu się posadziło.
Kera stanowiła osobny epizod. Głaskałam ją, bo miała urok ducha. Zosia ją całowała – bo była dzieckiem. Przyjaciel dawał jej cukier – deliberując, dlaczego. Pytano o to Cécile.
Stopniowo rozmowa traciła sens:
– Chciałabym, żebyśmy wreszcie zakończyli ten spór! – mówiła jedna.
– Tak, ale nienawidzę tych negocjacji – odpowiadała druga.
– Nie mogę się pogodzić z tą myślą… Przestań z tymi opowieściami. Wolę milczeć niż powiedzieć coś, czego nie należy.
Rozeszliśmy się wesoło i poszliśmy spać. Spałam tak dobrze. Czułam się tak szczęśliwa. Między mną a moją córką był tylko jeden poziom.
Rano
Radość – prawdziwa radość – to znów się zobaczyć. Odczuwam ją nawet po najkrótszej rozłące. Przeżywam ją każdego ranka, gdy znów spotykam tych, których opuściłam dnia poprzedniego.
Gdy się budzę – to moja pierwsza radość. Gdy się zbliżam – pierwsza nadzieja. A spotkanie z ukochaną osobą – to pierwsze szczęście.
Tego wszystkiego doświadczyłam w Gruszczynie.
Pewno przeczucie sprawiło, że otworzyłam drzwi dokładnie w chwili, gdy moja córka kładła rękę na zamku, by wejść do mnie. Ta niespodzianka sprawiła, że moje serce zabiło mocniej – to był doskonały znak dla całej tej myśli, wspomnienia, które właśnie się zaczynało. A skutki takiego wspomnienia są nie do przecenienia dla matki, która kocha swoje dziecko.
Podano śniadanie – smakowało mi lepiej niż gdziekolwiek indziej. Potem wsiadłyśmy do powozu.




Komentarze