top of page
Szukaj

Teatr Rozmarynu *

*Ponieważ oryginalny tekst (w języku francuskim) nie został przez Izabelę zatytułowany, pozwoliłyśmy sobie dodać go do tekstu.



Kniaźnin, poeta liryczny, napisał poemat z okazji ślubu pani Zamoyskiej, zatytułowany „Romarin” (Rozmaryn). Nawiązywał on do polskiego zwyczaju, wedle którego na głowy młodych mężatek wkłada się wieniec z rozmarynu. Po ceremonii gałązki z wieńca sadzi się w ziemi – i niemal zawsze, przy odrobinie troski, ponownie się zazieleniają, a czasem nawet rozkwitają.

Jedna z gałązek z wieńca pani Zamoyskiej została zachowana przeze mnie. Zasadzona w donicy, pielęgnowana z miłością i starannie podlewana, wkrótce zapuściła korzenie i wyrosła w krzew. Co za wróżba dla matki, która kocha swoje dziecko tak, jak ja kocham moje! Krzew rozrósł się, wypełnił moje pokoje i wypuścił mnóstwo odrostów, które istnieją do dziś.

Kniaźnin ułożył poemat, opowiadający historię tego pięknego rozmarynu. Lecz zawarł w nim także wiele epizodów i szczegółów – piękno, świeżość, wdzięk i łagodną uprzejmość Zofii, tak poszukiwanej i kochanej, życzenia, które jej składano, i wróżby szczęścia, mającego przekroczyć zwyczajne granice. Była to w istocie historia całej jej rodziny, dziejów Puław – przeszłości, teraźniejszości i przyszłości – splecionych w cztery uniesienia tego małego poematu. Poeta wplótł w utwór wiele pięknych myśli, także zaczerpniętych ze starożytnych autorów. Wśród nich i tę z Wergiliusza: że ulotna godzina leci i ucieka przed dniem, który sam szybko znika, ustępując miejsca miesiącowi, a ten przemija w biegu roku; że całe stulecie przesuwa się, zawieszone w wieczności.

Ta myśl natchnęła mnie, aby przedstawić ją na obrazie i w inscenizacji, jaką urządziłam w roku 1812.

Udekorowałam boczną salę i o północy, gdy rozbrzmiał sygnał odnowienia roku, rozjaśniono wnętrze, a wszyscy weszli do środka. Przy dźwiękach słodkiej, odpowiedniej muzyki ukazała się Zofia Matuszewicz, piętnastoletnia, lekka i urocza, w jasnoniebieskiej tunice i przezroczystej białej draperii, ukoronowana różami, ze skrzydłami mieniącymi się świetlistymi barwami – niczym ulotna godzina. Przemknęła szybko, jak błyskawica, może zbyt szybko dla tych, którzy na nią patrzyli. Za nią podążała Jutrzenka, czyli Konstanty Dębiński, czternastoletni, piękny i świeży, w krótkiej szkarłatnej tunice, z pochodnią w ręku i gwiazdą poranną jaśniejącą na czole. Ona znikała przed Miesiącem, wyobrażającym grudzień, który właśnie minął. Przedstawiała go Kamila Wierzchowska, cała wdzięk i urok, z dużymi czarnymi oczami, otulona w szal, z gałązkami oprószonymi śniegiem na głowie. Ustąpiła miejsca Rokowi, który odchodził. Ten pojawił się jako starzec o siwej brodzie, ubrany w długie szaty z ciemnych tkanin, wsparty na sękatym kosturze. Na czole miał opaskę ze znakami zodiaku, a na głowie koronę splecioną z kwiatów, kłosów, winogron i zwisających gałęzi.

Za nim ukazał się Wiek – pan Motowski – o niemal olbrzymim wzroście, spowity w brunatną draperię, z ogromną kulą na głowie, na której wymalowano wydarzenia, bitwy i prace rolnicze. Wiek runął w ciemną grotę, która pochłonęła jego poprzedników. W tym samym momencie mały Gustaw Dembiński, jeszcze w pierwszych latach życia, uroczy i promieniejący zdrowiem, wyskoczył na środek salonu. Lekko ubrany, w różową draperię, z koroną kwiatów na głowie i znakami Zodiaku z napisem „1812” na czole, został od razu rozpoznany jako Nowy Rok.

Złożył widzom życzenia, które przepowiadały rok szczęśliwszy i piękniejsze dni. I rzeczywiście, ujrzeliśmy zapowiedź niespodziewanego szczęścia — lecz rozproszyło się ono niczym lekka mgła i trwało tylko przez chwilę.


 
 
 

Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń
bottom of page