top of page
Szukaj

Wizyta u Paszy (Cz. 1)

Wyruszyliśmy rano z Kamieńca z panią de Witt i wieloma mężczyznami, którzy nam towarzyszyli. Przybyliśmy około południa do Chocimia.

Widok miasta tureckiego to uderzenie oka, które zaskakuje, kiedy widzi się je po raz pierwszy. Minarety, które wznoszą się ponad inne budynki i lśnią z daleka. Domy pomalowane na różne kolory, galerie, które je otaczają, ozdobione balkonami, na których układa się jakby rodzaj girland z kwiatów; na tych galeriach Turcy siedzący, a raczej leżący, na wielkich sofach, palący i oddający się pewnego rodzaju leniwej bezczynności, która stanowi istotę ich charakteru.

Zaszliśmy do paszy, który był uprzedzony o naszym przybyciu i który przyjął nas bardzo dobrze. Ale leżąc na wielkiej otomanie, w głębi pokoju, jego uprzejmość i radość, o której mówił, że ją czuje z powodu naszego przyjazdu, wyraziły się tylko lekkim uśmiechem i orientalnym gestem położenia ręki na czole i na sercu. Co znaczy, że w taki sposób się kogoś przyjmuje.

Zamierzam tu naszkicować opis pokoju i postaci paszy.

Sala kwadratowa, dość niska i cała pomalowana w rozmaite kolory i wzory. Sofa z tureckiej materii, ustawiona na podwyższeniu, które biegło wokół całej komnaty, a które w kilku miejscach miała obramowywać galeria drewniana. Pasza, bardzo stary, miał postać piękną i wyrazistą. Piękne czarne oczy i rysy, których łagodność zdawała się zapowiadać duszę spokojną i pogodną. Miał brodę zupełnie białą, która całkowicie okrywała jego pierś. Turban cały biały, którego delikatna muślinowa tkanina robiła, jak sądzę, co najmniej trzydzieści zwojów wokół jego głowy, i który wydawał mi się niezwykle misternie ułożony. Jego kaftan spod spodnie i szerokie pantalony były z tureckiej tkaniny całej białej, z srebrnymi bukietami. Jego szuba i kaftan białe albo z różnych tureckich camelotów, o pięknie doskonałym. Jego pas z białego szala podtrzymywał sztylet o złotej rękojeści, z którego zwieszał się łańcuch misternie wykonany w orientalnym guście, przeplatany turkusami. Ten piękny starzec, którego czas pobielił brodę, cały ubrany na biało, trzymał w ramionach swoją małą siostrzenicę, ledwie ośmioletnią. Zaróżowione policzki, jej piękne czarne oczy, włosy tego samego koloru, które ledwo okrywały alabastrowe czoło. Jej koralowe usta, naprawdę ozdobione wdziękiem tego wieku i całą orientalną żywością, były jeszcze upiększone przez jej śliczny strój. Haftowana, lecz otwarta koszula odsłaniała jej pierś i ramiona. Szerokie spodnie z lekkiej tkaniny koloru siana podkreślały jej jasność i stanowiły całe jej ubranie. Jej małe rączki bawiły się białą brodą starca, a żywość jej barw, w zestawieniu z prostotą i bielą ubrań jej wuja, tworzyły niezwykły kontrast. Byłam poruszona tym obrazem, gdy weszłam. Zdawało mi się, że czas igra z dzieciństwem.

Pasza zdziwił się, dlaczego stoję nieruchoma.

Przyznałam mu prawdę, a kiedy pani de Witte wyjaśniła mu to po turecku, uśmiechnął się i był tym połechtany. Rozstawiono stołki w krąg dla mężczyzn, a nas posadzono na poduszkach. Ale pasza, rzuciwszy spojrzenie na naszych towarzyszy, był zgorszony, widząc ich wszystkich z odkrytą głową. U Turków to jest niegrzeczność, więc oświadczył, że koniecznie muszą się nakryć. Trzeba tu nadmienić, że wówczas byliśmy w czasach, gdy mężczyźni nosili tylko trójkątne kapelusze obciągnięte taftą, które zwykle trzymali pod pachą; była to moda, elegancja. Gdy nasi znaleźli się w sytuacji, że muszą koniecznie nakryć głowy i zgodzili się, że trzeba się do tego zastosować, położyli swoje trójkątne kapelusze na głowie, a żeby im nie spadały, przytrzymywali wolny brzeg pod resztą głowy. Było dwóch takich, którzy mieli bardzo stare, ogromne kapelusze, które były modne w poprzednim roku, ale które celowo złożono i zgnieciono, by nosić je pod pachą. Stare resztki piór i ślady stanowiły ich ozdobę. Gdy zobaczyłam wszystkich naszych, siedzących na tych taboretach z tymi wszystkimi kapeluszami na głowach, ogarnął mnie nagły wybuch śmiechu, który wkrótce udzielił się całemu towarzystwu. Pasza także bardzo się śmiał i spytał, dlaczego mają takie kapelusze, skoro nie można się nimi ani nakryć, ani nimi ozdobić. Zostawiłam pani de Witte troskę o odpowiedź, bo nie było nic dobrego do powiedzenia. Witosławski, Dzikowski i kilku innych ubranych po polsku triumfowali swoimi pięknymi czapkami, które prezentowały się doskonale.

Wkrótce potem pasza wstał i kazał nam wyjaśnić, że według swego prawa, nie mogąc jadać z chrześcijanami, uda się do innej komnaty. W tym samym czasie tłum janczarów wszedł i przyniósł dość dużą, srebrną, niską i okrągłą stołową płytę. Rozłożono wokół niej poduszki i przyniesiono mnóstwo potraw, które kładziono kolejno na stole, a które od razu zdejmowano z drugiej strony, tak by nigdy nie pozostawić go pustym. Spytałam, co to znaczy. Pani de Witte wyjaśniła mi, że ponieważ janczarzy mieli prawo zabierać wszystko, co pozostawało na stole, a paszy tam nie było, nadużywali tego przyzwolenia, a zarazem mieli przyjemność sprawić psikus chrześcijanom. Wpadłam więc na pomysł obrony i, uchwyciwszy ciężką i mocną łyżkę z długą rączką, która leżała na stole, ustawiłam się w zasadzce. Właśnie przyniesiono kurę z ryżem; ledwo postawiono ją na stole, gdy ogromna, sucha ręka już się wysuwała, by ją porwać. Wówczas, używając broni, którą pochwyciłam, zadałam potężny cios, który zmusił janczara do puszczenia zdobyczy, i rzuciwszy się wszystkie na moją zdobycz, zjadłyśmy i kurę, i ryż, tak że nie pozostało ani ziarenka. Spowodowało to poruszenie i spojrzenia, które dotarły aż do paszy, który uznał tę scenę za tak zabawną, że aż położył się na swojej sofie ze śmiechu. Zachęcona tak pochlebnym sukcesem, nie wypuściłam już z rąk mojej łyżki i zjadłyśmy obiad wspaniale i w całkowitym spokoju. W połowie obiadu uraczono nas muzyką turecką, ale robiła taki hałas, że zatykaliśmy sobie uszy.

Po obiedzie pasza powrócił. Podano kawę, skropiono nas wodą różaną, a każda z nas otrzymała piękną haftowaną chusteczkę. Poprosiłam paszę, by pokazał mi swoje konie. Odmówił, mówiąc po prostu, że obawia się oczu i spojrzenia chrześcijan, które nawet niechcący mogłyby wyrządzić wielką szkodę koniom, które kochał zbyt bardzo, by je narażać.


 
 
 

Komentarze

Oceniono na 0 z 5 gwiazdek.
Nie ma jeszcze ocen

Oceń
bottom of page